Jak rozpalić pod kuchnią i po co to komu.

Aby.

Aby rozpalić ogień w kuchennym piecu trzeba mieć do dyspozycji kilka rzeczy. Po pierwsze - piec. Nie musi być własny, w Czytelnika domu. Zdarzają się - ostatnio dosyć często, gdyż taka panuje moda - możliwości wakacyjnych wyjazdów do miejsc wynajętych, w których tradycyjny piec kuchenny przewidziano i on tam stoi.

Przeżytek kulturowy.

Rozpalanie pod kuchenną płytą, czy jest sentymentalnym przeżytkiem? Tak, lecz z pewnymi wyjątkami. Choćby tylko jeden raz w życiu miała się ta umiejętność przydać, mogłaby pomóc lub Czytelnika uratować, warto ją posiąść. Żadna sztuka a wręcz łatwizna, można powiedzieć, całe to rozpalanie. Gdy wie się jak.

Wiedza praktyczna niekiedy bezcenna.

Umiejętność rozpalenia ognia pod kuchnią przydać się może o każdej porze roku, gdy Czytelnik znajdzie się z dala od miasta, lecz w bezpośredniej bliskości pieca. Nasza ojczysta sieć energetyczna tak się przedstawia, że na prowincji łatwo o jej uszkodzenie z powodu burzy, wichury, gwałtownych opadów śniegu lub wszystkich tych zjawisk na raz. Taki oto mamy klimat: przez kraj nasz w ciągu dwunastu miesięcy front atmosferyczny przewala się ponad dwieście razy. 

We wsi pozbawionej elektryczności można oczywiście ugotować obiad korzystając z gazu, lecz tylko wtedy, gdy w tej czy innej formie gaz jest dostępny. Gdy nie jest, to nie a ponadto od gazowego gotowania - co ma znaczenie szczególnie zimą - cieplej się w domu nie zrobi. Większość współczesnych grzewczych kotłów gazowych aby działać potrzebuje prądu. Można zatem w piecu nie rozpalać, gotować i marznąć, co nie ma sensu, bo lepiej się ewakuować precz.

Arystokratyczny szyk.

Arystokratki tym różniły się od kobiet niskiego stanu, że potrafiły wykonać każdą, absolutnie każdą czynność niezbędną w prowadzeniu domu. Znały się na pielęgnowaniu warzywnika, gotowaniu, praniu, opiece nad niemowlętami, szorowaniu podłóg, rachunkach oraz - rzecz jasna - na rozpalaniu w piecu. Przedwojenna anegdota z prześmiewczą pogardą opowiada o pewnej zakopiańskiej kuracjuszce, która, choć aspirowała do wysoko urodzonego towarzystwa, nie potrafiła wzniecić żaru w kaflowym piecu. Ponieważ w Zakopanem noce bywają dość chłodne, dama ta była tak zdeterminowana w działaniu, że poświęciła swej nieudanej próbie ogniowej najcenniejszą posiadaną przez siebie rzecz - wszystkie listy od kochanka. Mimo tak wielkiej ofiarności, epistolograficzna rozpałka nie zadziałała a wszystko odbyło się w tegoż kochanka obecności. No cóż, warto wiedzieć to i owo, bo nigdy nie wiadomo kiedy i w czyim towarzystwie dopadnie Czytelniczkę czas próby...

Przez ogień do serca.

Sprawa prehistorycznie pierwotna: ogień posiada magiczną moc i w dosłownym znaczeniu przełamuje lody. Za pomocą rozpalania w piecu można, choć istnieją też inne bardziej żmudne metody, rozkochać w sobie księcia z bajki. Bezzwłocznie, natychmiast. Jeśli nie padnie on od razu oszołomiony gorącym uczuciem, to znaczy, że żadnym księciem nie jest i tylko udaje. Nie wolno jednak uprzedzać faktów, obwieszczać, że się umie, lecz podejść do pieca i rozpalić. Dlaczego? Po pierwsze: działaniem z zaskoczenia najłatwiej zaimponować a po drugie, no cóż, jeśli piec stoi w obcym domu, to nie można być pewnym drożności komina oraz jakości kominowego ciągu. Gdy komin jest zatkany a ciąg mizerny, z rozpalania nic nie będzie. 

Do rzeczy, rozpalamy w piecu.

Oprócz pieca w tym zadaniu niezbędne są trzy rzeczy:

  • drewniane szczapki, z suchego drewna
  • jedno lub dwa wiaderka węgla, lub ile kto ma, ilość zależy od rozwoju sytuacji
  • zapałki

Czwarta rzecz nie jest konieczna, ale ułatwia zadanie. Jest nią kawałek rozdeptanej tekturki do przechowywania jajek. W zastępstwie może wystąpić gazetowy papier zmięty w kulę wielkości kobiecej pięści.

Piec węglowy posiada dwoje drzwiczek - górne i dolne. Za dolnymi znajduje się popielnik i od niego warto zacząć, czyli sprawdzić, czy jest pusty. Jeśli znajduje się w nim popiół, należy z pomocą dostępnych przyborów popiół ten usunąć i wyrzucić go pod krzaczek. Krzaczkowi wyjdzie na zdrowie.

Krok drugi to otwarcie górnych drzwiczek - tam jest palenisko - miejsce najpierw na drewniane szczapki, które można ułożyć na gazecie jeśli się ją ma, a później na węgiel.

Zamknięte palenisko, OTWARTY POPIELNIK!

Cała filozofia w tym się zawiera, że w palenisku za pomocą zapałki podpala się drewno. Gdy drewno chętnie się już pali, należy dołożyć do ognia jeszcze więcej drewna, zamknąć drzwiczki paleniska i poczekać kilka minut aż płonące drewno zamieni się w czerwony żar. Im tego żaru będzie więcej, czyli im więcej było na początku drewna, tym lepiej. 

Na żar powstały z wypalonego drewna wrzucamy węgiel, zamykamy palenisko i natychmiast ponownie uchylamy drzwiczki popielnika - to bardzo ważne. Drzwiczki te muszą pozostawać uchylone za każdym razem, gdy dokłada się nową partię węgla i można je zamknąć dopiero wtedy, gdy świeżo dodany węgiel już nie dymi, lecz płonie czystym płomieniem lub tylko się żarzy. By ocenić stan rzeczy, trzeba na chwilę otworzyć drzwiczki paleniska, zajrzeć do środka i palenisko zamknąć. Tylko po naocznym stwierdzeniu, że wewnątrz pieca dymu brak, można zamknąć popielnik.

Gdy płyta kuchenna robi się gorąca.

To znak, że piec jest już rozgrzany i aby jego moc podtrzymywać wystarczy od czasu do czasu dosypywać węgiel do paleniska, pamiętając za każdym razem o chwilowym uchylaniu drzwiczek popielnika.

Jak w okamgnieniu podnieść temperaturę w garnku.

Aby temperatura płyty kuchennej w trakcie gotowania obiadu gwałtownie się podniosła a zawartość stojącego na niej garnka szybko zagotowała, wystarczy dorzucić do paleniska garść węgla i uchylić do połowy popielnik. O, będzie gorąco! Co jednak, gdy piec aż bucha a kucharz potrzebuje temperatury delikatnej? Spowolnić ognia nie sposób, lecz w takiej sytuacji wystarczy przesunąć rondel ze środka na obrzeże płyty - tam temperatura jest najniższa. A gdzie kuchenna płyta grzeje najmocniej? Bezpośrednio nad paleniskiem, czyli pośrodku.

Na koniec: czy można bez węgla?

Wszystko można jak wiadomo, tylko po co? Próba ugotowania czegokolwiek z pomocą tradycyjnego pieca lecz na samym tylko drewnie mija się z celem.

Dawno temu wykonałam eksperyment: rozpaliłam pod kuchnią i pakowałam drewno (i tylko drewno) do paleniska, ile się mieściło. Zużyłam chyba ze ćwierć kubika jesiona. Po godzinie i kilkunastu minutach czajnik w jednej trzeciej wypełniony wodą nieśmiało przystąpił do cichego gwizdania. 

Poprzedni wpisBliny. Przepis autentyczny.
Następny wpis...był sobie tort, który smakował wszystkim...
Zostaw komentarz